plane

Blog

Tagi

Archiwum

Jestem mięczakiem i dobrze mi z tym ;)

/ 26 lutego 2010 /

Ostatnio miałam przyjemność odbyć taką niezobowiązującą, lecz jakże pouczającą rozmowę (no dobra – właściwie to był to monolog), z nowo poznaną dziewczyną, która – jak się już po paru zdaniach okazało – pracowała w agencji (świetnie to brzmi, prawda?) PR mieszczącej się w jednym z dużych miast naszej uroczej Polski.

Po wymianie uprzejmości i wstępnym zapoznaniu rozmowa zeszła na sprawy zawodowe. I się zaczęło… Z kolejnymi zdaniami, które z niesłychaną prędkością wystrzeliwały z ust rozmówczyni, moje oczy stawały się coraz większe i większe, aż w końcu przybrały wielkość podobną do tej, zaprezentowanej przez słynnego lemura… (dla przypomnienia: http://tiny.pl/hm6j6)

Skąd moja reakcja? Hmm… Najlepiej będzie, jak przytoczę najciekawszy, a zarazem końcowy, fragment konwersacji (tak, racja – monologu!).

A więc było to tak:
- Słuchaj! – zaciskając dłonie w pięści, dziewczyna spojrzała na mnie spode łba – żeby pracować w tym zawodzie trzeba mieć jaja, rozumiesz? Widocznie mało przekonywująco kiwnęłam głową, gdyż zaciśnięte pięści uderzyły o blat dzielącego nas stołu, a głos rozmówczyni zaczął niepokojąco drżeć. – Dajmy na to taki follow-up. Tu nie ma się co patyczkować. Dziennikarz to jest twój wróg, którego należy pokonać, przycisnąć go do ziemi i zmusić do błagania o litość. Tak, tak! Najważniejsze to nie dać sobie na początku przerwać. Dzwonisz, przedstawiasz się i od razu przechodzisz do rzeczy. Żadnego tam: „czy przeszkadzam”, albo „czy mogę zająć chwilę”! Takie coś do dla mięczaków! Pamiętaj – dziennikarze są na nas skazani. To od nas biorą informacje, które potem zwykle nieudolnie przerabiają, albo od razu przeklejają podpisując własnym nazwiskiem. Nie ma co się nad nimi litować. Ale wracając. No więc mówisz z czym dzwonisz i pytasz, kiedy materiał będzie opublikowany. Nie daj się zwieść wymijającym odpowiedziom. Nie interesuje nas coś w stylu: „jeszcze się z informacją nie zapoznałem”, „nic nie doszło”, „to nas nie interesuje”, czy „pani przesłała mi coś o motoryzacji, a my jesteśmy pismem, w którym zamieszczamy przepisy na różne dania…”. Dziennikarze kręcą! Myślą, że są lepsi, że tak łatwo nas spławić. Nic z tego! Ponawiasz pytanie o publikację, a jeśli dalej się zapierają – wyciągasz mocniejsze argumenty. Najlepiej grozić – to prawie zawsze skutkuje. W ostateczności zaczynasz obrażać. Mówisz: „sprzedawczyk”, „pismak bez ambicji”, „kłamca pracujący w szmatławcu” i odkładasz słuchawkę. A, i pamiętaj – jeśli ktoś ci powie, że chce dodatkowe materiały, albo, że jest czymś zainteresowany – zamęczasz delikwenta telefonami i mailami. No wiesz – trzeba ich pilnować i przyciskać, jak mocno się da. Odpuszczanie też jest dla mięczaków! Trzeba być twardym! – zakończyła głośno sapiąc.

Z tymi otwartymi oczyma, w których kryło się przerażenie pomieszane z irytacją odpowiedziałam – Raczej trzeba być skończonym chamem – i wyszłam, kończąc tym samym naszą krótką, acz burzliwą znajomość.

I taka to była roz…monolog. Czułam się trochę, jakbym spotkała przybysza z innego wymiaru. Szok! Po raz kolejny, tym razem w sposób bezpośredni, znalazłam przyczynę częstej złości i przyjęcia postawy obronnej przez dziennikarzy. Ja się wcale nie dziwię! Bo i co to miało znaczyć? To miał być przykład potwierdzający umiejętność komunikacji z drugim człowiekiem? To miało pokazać jak buduje się wzajemne relacje i kładzie podwaliny pod długofalową współpracę? Nie…, to jakieś kompletne nieporozumienie!
Ok. To prawda, że osobiście nie znam żadnego PR-owca, który uwielbia follow-upy. Zdajemy sobie sprawę z tego, że przeszkadzamy, że nie wszystkie informacje, którymi chcielibyśmy zainteresować drugą stronę, będą również przez nią tak postrzegane. Ale to nasza praca. Z drugiej strony często zdarza się, że wysłana przez nas wiadomość rzeczywiście gdzieś wystrzeliła w kosmos, a po kontakcie z dziennikarzem okazało się, że była dlań naprawdę wartościową. Nie raz jest również tak, że w trakcie rozmowy pewne kwestie zostają wyjaśnione i dziennikarze wykorzystują nasze materiały, dając nam, bądź co bądź, cenną publikację! Follow-up więc jest i będzie podstawowym narzędziem w naszej pracy. Od nas jednak zależy, czy umiemy z niego korzystać.

Kończę ten przydługi wywód banałem. Szacunek i wzajemna akceptacja – to dla nas podstawa. Jesteśmy z dziennikarzami na siebie, brzydko mówiąc, skazani – nie powinniśmy sobie utrudniać jeszcze bardziej tej współegzystencji. A tego typu pseudo-PR-owców, czarne owce w stadzie, powinniśmy eliminować, dbając o własny wizerunek i nie potwierdzając, że „szewc bez butów chodzi”.

Aha, i jeszcze jedno, jeśli jestem mięczakiem przez to, że nie wyzywam dziennikarza, że zawsze pytam, czy aby na pewno mu nie przeszkadzam i że ponarzekam sobie na niego, kiedy nie jest zainteresowany tematem, dopiero po odłożeniu słuchawki – to rzeczywiście nim jestem i dobrze mi z tym!

Marta Grabiec

(fot. Jupiterimages)